wtorek, 8 sierpnia 2017

GORGANY i ŚWIDOWIEC PO RAZ PIERWSZY #1


   Początek lipca w każdych górach jest czasem dość ryzykownym i oferującym wrażenia - po pierwsze pogoda raczej z tych kapryśnych i zazwyczaj jest to jeden z miesięcy z najwyższymi opadami; po drugie bardzo długie dni, więc nie ma aż tak dużego ciśnienia na wyjście na szlak, bo i tak się zdąży swoje przejść; po trzecie zaś wczesne jeszcze lato oferuje niewiarygodnie głębokie i nasycone kolory - tak nieba, chmur jak i świeżych, jasnozielonych, opitych wodą traw i kwitnących kwiatów. Z takim samym prawdopodobieństwem można trafić na koszmarne upały i zero wiatru nawet na znacznych wysokościach, jak i zaciągnięte mgłą czy tonące w chmurach góry i doliny, czy wielodniowy jednostajny opad deszczu w połączeniu z temperaturami nieznacznie zbliżającymi się w okolice 10 kresek, za to dość znacznie potrafiącymi spaść do 3 stopni powyżej zera, w dodatku potęgowanymi silnymi podmuchami wiatru. My mieliśmy to wszystko w Karpatach Wschodnich w ciągu zaledwie 6 dni nieustannej wędrówki. Pełne spektrum. Często w ciągu jednego dnia i kilkuset metrów wysokości względnej. W ciągu 6 dni przebyliśmy ze Stefanem, za pomocą nóg własnych, kijków, przeciążonych ramion i złorzeczących, rzucających przekleństwa ust, dużą część pasma Gorganów i Świdowca, stanowiących część Karpat Wschodnich. Te same usta co prawda o wiele częściej rozwierały się z wrażenia i słały uśmiechy szczęścia na wszystkie strony świata, wzrok omiatał widnokrąg jeśli był widoczny i kilkumetrowe odcinki szlaku jeśli wisiała mgła czy też przetaczały się chmury; natomiast mięśnie nóg z tą samą zawziętością bolały i zdawały się mówić "kierowniku... litości... odpoczyneczek jakiś malutki może? poratuj godzinką nicnierobienia, dłuższym snem, lenistwem pół-dniowym... cokolwiek...". A my swoje. W przód i w przód. Wyryp życia. Bez przerwy. Dalej i dalej. Plecaki trochę zbyt ciężkie i mało wygodne, buty nagle też postanowiły dać się we znaki, a kurtki przeciwdeszczowe - tak tak, przez pierwsze 20 minut. Było bosko! 




   Oto pierwsza część obfitej fotorelacji z naszej niby niespiesznej, a jednak dość mocno skonkretyzowanej czasowo wędrówki. Witamy na Ukrainie!




Pierwsze, a przy okazji ostatnie zakupy przed podróżą marszrutką w głąb gór. Mamy za sobą już 16 godzin podróży. Wcześniej zjedliśmy super obiad w miejscowym małym barze, popity sowicie piwem Lwowskim.  Bardzo sensownie postąpiliśmy udając się tam, gdzie są tylko lokalsi w dużej ilości. A nie ma lepszego takiego miejsca, niż targ lokalny. Było wszystko, w tym wspomniany bar. A tutejsze ogórki gruntowe (innych nie było) okazały się później powrotem do smaku dzieciństwa. I długo podnosiły walory smakowe naszych  posiłków. Były najlepsze. Słodziutkie aż! /Kałusz,dzień 1/








Arcyciekawa i bardzo długa podróż marszrutką z Kałusza do Osmołody. Moja pierwsza tym legendarnym środkiem lokomocji. Jak widać - stan techniczny pojazdu był taki jak ta szyba - nie posiadał stanu technicznego. O stanie technicznym drogi nie wspomnę. Tu na zdjęciu jest asfalt i równo :-) Im dalej od Kałusza tym podróż była bardziej hardcorowa. Prędkość malała, ilość pasażerów wcale nie bo w każdej wiosze ktoś wsiadał by jechać dalej, wypiliśmy ileś piw co skutkowało dyskomfortem pęcherza moczowego, na szczęście w którymś momencie kierowca się zlitował i chwilę poczekał na kolejnym przystanku :-) /Kałusz-Osmołoda, dzień 1/









No to jesteśmy w Osmołodzie,  na zdjęciu widzimy ostatnie konsultacje topograficzne z kolegą autochtonem, który jak widać po ubiorze i wyposażeniu, również rusza w góry również czerwonym szlakiem. Kolejne novum dla mnie, w późniejsze dni tylko się potwierdzające i wzbudzające w sumie szacunek. Bo tak - Ukraińcy najczęściej chodzą po górach absolutnie nie będąc w jakikolwiek sposób wyekwipowani. Buty nad kostkę na porządnym vibramie, kurtki, goreteksy, plecaki czy lekkie namioty, oddychająca bielizna i kuchenki gazowe, suplementy i kijki trekkingowe, polary i łindstopery - tego u zdecydowanej większości Ukraińców nie uświadczysz. Jeśli uświadczysz to znak czasów - zazwyczaj oznacza, że na codzień pracują i mieszkają w Polsce. Lub w Czechach. I z zagranicy przywożą te cuda podkreślając swój status społeczny. I są krezusami u siebie na wsiach i w miasteczkach. I oczywiście na szlakach. Bo tu chodzą w tym co akurat mają w szafie. Adidasy, półbuty, swetry czy wieśniackie bluzy od dresów, do tego masa reklamówek upchniętych do plecaka typu grucha czy nawet takiego ze stelażem (!!! sic) to codzienny tu widok. Wystarczy chcieć i już! Szacunek dla nich!  /Osmołoda, dzień 1/










Ruszamy. Dzień dobry góry! /Osmołoda, dzień 1/








Początek zawsze jest obiecujący. Tak było i tym razem. Sporo opadów deszczu mieliśmy przemierzając Ukrainę, także tuż przed przystankiem końcowym. A na początek pierwszej wspinaczki taki spektakl urządziła nam pogoda /szlak czerwony Osmołoda - Wysoka, dzień 1/








Pierwszy dzień wędrówki zakończyliśmy spektakularnym padnięciem na pysk w tej oto chatce znalezionej tuż przy szlaku. Weszliśmy na grzbiet Matachów i schodząc natknęliśmy się na tę budowlę. Najpierw zresztą poczuliśmy na szlaku zapach dymu. Po czym trafiliśmy do raju. Był to najlepszy początek i pierwszy nocleg, jaki mogliśmy sobie wymarzyć. Ciepło, czysto i sucho, w pokaźnym piecu buzował ogień, pachniało wyschniętym drewnem i dymem. Spotkaliśmy tu zresztą kolegę z przystanku wraz z drugim ukraińskim kolegą, ale pomimo zachęt z ich strony do wspólnego biesiadowania w pół słowa zasnęliśmy. 20h podróży plus 3,5h wspinaczki zrobiło swoje. Kolacja, herbata i nawet co po niektórzy nie zdołali wejść do śpiwora. Spaliśmy jak dzieci. Ranek przywitał nas piękny i słoneczny. /Chatka Wysoka, dzień 2/








Górski chatkowy zwyczaj - zeszyt z wpisami pensjonariuszy tych przypadkowych i celowych. I my pozostawiliśmy swój wpis. Zwyczaj to zwyczaj. Ranek upływał nam spokojnie i niespiesznie, sprzed Chatki widać było majaczący w oddali szczyt Wysokiej - naszą pierwszą górę do zdobycia, wyglądało to naprawdę dość imponująco /Chatka Wysoka, dzień 2/








Chatina Wysoka - całkiem przyjemnie się ten periodyk czytało. Była toaleta poranna, było śniadanie a nawet kawa z tych lepszych. Nie pozostało nic innego jak ruszać w drogę. Jak się okazało, ten szablon mniej więcej, już nam towarzyszył do końca naszej wędrówki. Spanie ile się da, nieśpieszna toaleta i sycące śniadanie zakończone kawą. Bo i tak dawaliśmy sobie niemały łomot, a raczej to góry dawały nam /Chata Wysoka, dzień 2/








Wysoka na horyzoncie. Szło się i szło. Tutaj też rozpoczął się nasz romans z gorgańską kosówką. Widywałem wcześniej i przemierzałem szlaki wijące się pośród kosówki. Ale jak się okazało, absolutnie przez myśl mi nie przeszło, że hasło "kosówka" będzie zapowiedzią bólu i cierpienia i długo powodowało będzie gęsią skórkę. Szlak przez kosówkę - luzik. Niknąca z każdym metrem ścieżynka przez gorgańską kosówkę - ratunku! To naprawdę jest przedzieranie się. To naprawdę jest walka. To naprawdę jest marnowanie sił. To naprawdę są pocięte nogi i wszystko co jest przyczepione do plecaka. /szlak czerwony na Wysoką, dzień 2/






A najlepiej było, jak ścieżynka przez kosówkę, jeśli już była, to składała się z kamieni. Typowe dla Gorganów w sumie. Dość długo zajęło mi przyzwyczajenie się do tego. Najpierw znienacka idzie się po niewielkich, drobniutkich, by po kilku chwilach ich rozmiar i ilość przekraczały wszelkie normy i nie pozostaje nic innego, jak przeklinać je i na czym to świat stoi. Kostki i kolana nie są szczęśliwe. Proszę, zrobiłem przypadkowo zdjęcie Stefanowi akurat, gdy łapał wdech pomiędzy brzydkimi wyrazami. /szlak czerwony na Wysoką, dzień 2/







Zdjęcie powyżej to tak w temacie powiększania się kalibru i intensywności występowania kamieni w Gorganach. Bo jakby ktoś nie wiedział, to Gorgany właśnie są nazwą oznaczającą te kamienie wszystkie tam. Jest to ewenement i ma swą własną nazwę (właściwie to Gorgan), od której wzięło nazwę całe pasmo. Trudno znaleźć drugie takie w Karpatach, zbudowane właśnie ze stosów kamieni i głazów. Acha, i kosówki. /szlak czerwony na Wysoką, dzień 2/







No i jest! Pierwszy poważny szczyt zdobyty! Oto wierzchołek góry, towarzyszącej nam od wczorajszego wieczora. Wysoka 1803 m.n.p.m. /dzień 2/







Proszę jaki widoczek nam tu góry zaserwowały. Na pierwszym planie typowy gorgański gorgan, na drugim trzecim i każdym kolejnym piękne górki. Wiało dość mocno, ale pogoda była piękna i stabilna. Poza tym i tak między kosówką już mieliśmy spokój z wiatrem i skupialiśmy się na innych kwestiach /Wysoka, 1803, dzień 2/






Tego dnia jeszcze mieliśmy jeden szczyt zdobyty tak przy okazji. Dość typowo dla naszej wędrówki w kolejne dni, po zejściu dość ostrym z Wysokiej trzeba było się znowu po kamlotach nawspinać, by zahaczyć o Ihrowiec - 1804 m n.p.m. - czujecie ten progres? Aklimatyzacja wysokogórska jak ta lala! /szlak czerwony Wysoka-Ihrowiec, dzień 2/







Po Ihrowcu czekała nas dość długa i mozolna droga w dół. Zanim zanurzyliśmy się w odmętach kolejnych partii roślinności górskiej, mieliśmy jeszcze trochę czasu by przyjrzeć się temu, co nas czekać miało już jutro. Wyraźny cel. Trochę budujący, trochę wprowadzający niepewność, bo przecież wydaje się w sumie dość daleko. Sywula. Najwyższe wzniesienie Gorganów. Wielka (ten pierwszy stożek dość ostry) i Mała - zaraz za nią. Już wiedziałem czego można się spodziewać więc póki co niepokój niejako brał górę /szlak czerwony w dół z Ihrowca, dzień 2/








Po długim, mozolnym i bolesnym dla kolan i kostek zejściu z masywu Wysokiej trafiliśmy na pierwsze nasze miejsce biwakowe. Nie tylko zresztą nasze, bo kilka innych namiotów wokół było rozbitych. Pasły się jakieś konie, świeciło chylące się ku zachodowi pomarańczowe już słońce, piknie że hej. Znaleźliśmy kawałek suchego miejsca, rozbiliśmy namiot, wciągneliśmy lio-kolację, i tak sobie siedząc do późna przy ognisko regenerowaliśmy swe lekko już nadwątlone siły. /Przełęcz na polance Borewka, dzień 2/







To był dobry dzień. Odczuwaliśmy autentyczną radość. Gorgany już teraz przerosły me oczekiwania, stachaliśmy się jak mopsy, mieliśmy za sobą niejako przystawkę, miły początek tego, co nas miało spotkać przez kolejne kilka dni. Czyli głównie góry i my. Skały, kamienie i kosówka. Wiatr i mieliśmy nadzieję, że słońce. Cisza. I czas raczej biegnący gdzieś obok, bo właśnie kończyliśmy kłaść podwaliny pod rytm naszych przyszłych dni. Wiedzieliśmy, że najbliższy sklep, ba - miejscowość jakąkolwiek mamy szansę spotkać za dwa całe dni. Co z jednej strony budowało wyjątkowość miejsca w którym byliśmy, zew przygody i wyzwanie, a z drugiej - wiadomo - cień niepokoju. Nigdy wcześniej jeszcze w takiej sytuacji się nie znalazłem. 2 dni do najbliższego siedliska ludzkiego? W którąkolwiek stronę by się teraz nie poszło? Dość niecodzienna sytuacja. W jakimkolwiek miejscu w Polsce nie do pomyślenia. Dlatego Stefan dokonał rytuału celebracji chwili. Zapalił cygaro! Specjalne! Dla podkreślenia wyjątkowości czasu i miejsca! Na codzień nie pali. Tak jak ja, ale tu to było co innego. /Polana Borewka, dzień 2/






Może i wygląda to dość niepozornie - ot ścieżka przez niewysoką kosówkę. I to bez kamieni. Trochę korzeni - nawet niby lepiej bo utwardzają szlak. Tak sobie myślałem i ja w pierwszej minucie marszu. Ale od drugiej do setnej wiedziałem, że jest to jeszcze gorsze od tych nielubianych już przeze mnie kamieni. Naprawdę - to jest dramat. Ta ścieżka już po chwili była wąska i oczywiście trzeba było się przedzierać przez nie dość że ostre to i mokre krzaki. Każda wysokość kosówki jest najgorsza! /szlak czerwony na Łopuszną (1694 m n.p.m.), dzień 3/







Wierzcie mi, że po takiej walce z tym zielono-brązowym dziadostwem ten gorgański gorgan wita się z wielką ulgą i radością. Kamyki kamyczki kamyczyczki... A bywa że i są już w miarę uklepane i w miarę fajnie się idzie. No tak przez parę metrów co prawda. Ale się idzie. No i są widoki. I ciekawostki - ten murek choćby. Ktoś go wziął i zbudował. Ludzie. Tutaj, wysoko, gdzie wieje i dokąd trzeba się wdrapać i przebić przez zarośla. Jest super taki murek, chroni przed zimnym i silnym wiatrem, daje wrażenie niejako zagospodarowania tych mało przyjaznych miejsc. A wiecie co to jest? Otóż pozostałość po wojnie. Tak. Po 1szej Wojnie Światowej. I jest tu takich pozostałości naprawdę sporo. Zobaczycie. Od razu zmienia się perspektywa i przynajmniej na mnie robiły te "budowle" czy też pozostałości budowli stawianych przez żołnierzy już ponad 100 lat temu ogromne wrażenie. /okolice Łopusznej, dzień 3/








Taki tam pamiątkowy landszafcik. Jest gorgan, są góry po horyzont, jest cisza i spokój. No może niezupełnie cisza bo wiatr dął dość silny i było jednak raczej zimno niż ciepło. Pogoda od rana jak widać niezbyt rozpieszczała. Ale dla nas to oczywiście żadna przeszkoda, fajnie się szło, na pewno lepiej niż w ewentualnym upale ;-) /czerwony szlak w okolicach Łopusznej, dzień 3/








Łopuszna już za nami, teraz już pozostał jasno określony kolejny punkt naszej wędrówki - Sywula. I tu zaczęła nam Sywula pokazywać wała - w miarę przybliżania się do niej coraz bardziej zasnuwała się chmurami. Taki mały prztyczek w nos. Żeby nie było nam zbyt miło i ładnie i przyjemnie. Tak było wczoraj. Wiedzieliśmy, że teraz już przyjemność ze spokojnej wędrówki i sycenia oczu pięknymi widokami wokół, ustąpi miarowemu i powolnemu podążaniu na szczyt, wędrówce w celu przemieszczenia się do punktu C jakim jest kolejna noclegowa dolina, przez punkty B czyli najwyższy szczyt Gorganów. Kilka godzin wspinaczki już było za nami,  plecaki wciąż ciężkie, nogi pocięte no i pogoda się skiepściła, perspektywa niezbyt póki co optymistyczna, bo ewidentnie zanosiło się i byliśmy już nastawieni psychicznie na deszcz. A drogi jeszcze było sporo przed nami do przebycia. /brak widoku na szczyt Sywuli, dzień 3/







Pozostałości po umocnieniach pierwszowojennych. Cóż, niewiele jest tu do dodania. Robi wrażenie. Serio /gdzieś między Łopuszną a Sywulą, dzień 3/








Stefan w trakcie ataku szczytowego. Śmichy chichy, ale tu już było dość mozolnie. Spacer w chmurach, wery romantik. Czasem ostro wiało, szlak wił się raz jedną raz drugą stroną grani, upał zelżał. Szliśmy już kolejną godzinę, pewnie jakąś czwartą i powoli zaczynaliśmy odczuwać zmęczenie dzisiejszego dnia. Główne pytanie, które wciąż kołatało mi po głowie było takie: na cholerę pakowałem tyle rzeczy do tego plecaka? Toć mam prawie 20 kilogramów na plecach! Czy mnie całkiem pogięło? Czy nie słyszałem nigdy o minimaliźmie w turystyce? Stary a głupi! No i gdzie ta Sywula swoją drogą? /tuż przed szczytem Sywuli, dzień 3/









Jest! Na szczycie Sywuli (1836 m n.p.m.) Był łyk zwycięstwa. I rześko było. /dzień 3/







A później trzeba stamtąd zejść. Wejść dużo łatwiej, można sobie rękoma pomagać i w ogóle. A zejście nie należy do łatwych i przyjemnych. Głazy i kamloty dość duże, dość śliskie, bo przecież otoczone chmurami, no i dość ruchome wbrew pozorom. Po nastąpnięciu na taki często gęsto trzeba było robić szybki balans ciałem i plecakiem, unik czy też przeskok na kolejny, bo naprawdę mocno był w stanie taki kamień się bujnąć. Pomijam kwestię odnalezienia szlaku. Gdzieś tam znaczek jakiś był wyrysowany, ale w tej chmurze wyglądało to wszystko dość specyficznie i trochę nie z tego świata momentami /czerwony szlak dalej na Małą Sywulę, dzień 3/







Mała Sywula. 1818 m n.p.m. Tu już się właściwie nie zatrzymywaliśmy. Było zimno i mało przyjemnie, na pewno jeszcze mniej przyjemnie niż na Wielkiej Sywuli. A my już powoli mieliśmy dosyć dzisiejszego dnia. Zwłaszcza, że mapa nie kłamała i dawała nam obraz kolejnych 2 godzin, czyli zejścia i to oczywiście ostrego, do przełęczy, gdzie widzieliśmy już w myślach błogi spokój, ognisko, ciepłą strawę i odpoczynek /wierzchołek Małej Sywuli, dzień 3/








Zeszliśmy. Trwało to trochę. O tyle było ciekawie, że pogoda z każdą minutą się pogarszała, aż zaczęło padać. Może niezbyt mocno i rzęsiście, ale na tyle by dać się we znaki. I w tym deszczu właśnie dotarliśmy do polany Ruszczyna, zwanej także Połoniną Bystrą, znaną choćby z tego, że znajdowało się tu w międzywojniu polskie schronisko górskie, którego ruiny są obecne do dziś tuż przy zejściu z Sywuli. Poza tym polana jest naprawdę ogromna i rozległa, więc daje możliwość noclegu naprawdę olbrzymiej ilości ekip. Ponadto jest wykorzystywana jako miejsce wypasu, o czym naocznie i nausznie się przekonywaliśmy przez kolejne godziny w czasie pobytu tutaj. Te końskie zaloty, widoczne powyżej ciągnęły się z niewielkimi przerwami do późnego wieczora, niesamowity widok  /polana Ruszczyna, wciąż czerwony szlak, dzień 3/








Na polanie przywitało nas duże stado półdzikich koni. Kultura pasterska jest wciąż w Karpatach Wschodnich żywa i obecna i co rusz się o tym przekonywaliśmy. Takie przykładowe konie podobno są wypuszczane na tego typu pastwisko i przez wiele tygodni biegają sobie samopas i jedzą piją i mają generalnie niezłe życie. Zewsząd niesie się dźwięk dzwonków, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę krowy czy owce. W każdym razie pięknie konie sobie biegały a my po przemierzeniu wielu hektarów tej rozległej łąki w końcu zdecydowaliśmy się na konkretny skrawek ziemi, by właśnie w tym a nie innym miejscu rozbić biwak na kolejne kilkanaście godzin. Wciąż padało. I niełatwo było znaleźć drewno nadające się na ognisko, biorąc pod uwagę fakt, że w naszym ekwipunku nie znalazła się żadna piła czy siekierka. Błąd. Nigdy więcej go nie powtórzymy. /polana Ruszczyna, dzień 3/








Muszę tu nadmienić, iż tego dnia Stefan przeszedł samego siebie i pomimo bardzo niesprzyjających warunków zewnętrznych i kończących się zapałek, pomimo dużego już zmęczenia i wku..u udało mu się rozpalić i utrzymać ognisko. W deszczu. Trwało to długo. I Połonina Bystra przyjęła na klatę naprawdę sporą dawkę polskich przekleństw. Udało mu się i naprawdę szacun. Ja bym pewnie olał temat po kilku minutach niepowodzenia. Stefan uzyskał ogień. Tak potrzebne nam wtedy ciepło. Ogień niezbędny by wchłonąć odrobinę energii w zmarznięte i przemoczone dłonie, poczuć coś suchego na twarzy, przede wszystkim by poprawić morale. Ciepła szama się zrobi zawsze jakoś mając kuchenkę i naczynia. Ale ogień to coś więcej. I Stefan był naszym wyjazdowym ogniomistrzem i kwatermistrzem. Z wyjątkiem jednego, rozpalił chyba wszystkie nasze ogniska. Ja zostałem samozwańczym kucharzem i parzycielem herbaty. Bo baristą był bardziej Stefan. I tak to się dzieliliśmy obowiązkami. Wyszło tak samo i było nam z tym dobrze. Oczywiście drewno również zbierałem, żeby nie było ;-) /Polana Ruszczyna, 3 dzień/








 Krowy też się tu pasły, tyle że wieczorem zostały spędzone przez pasterza gdzieś hen z powrotem. Stefan coś kombinował na zasadzie "a może przekupię ją tą soczystą trawą i siknie nam mlekiem z wymiona do kubeczka jakoś? sama?" Nie udało się. Ale klimacik robiły te krowy póki nie nadciągnął Pan Pasterz i pokrzykując w niebogłosy, gwiżdżąc i wydając gardłowe chrząknięcia czy coś, spędził je z pastwiska i pognał gdzieś za potok. Ucichło do czasu tylko. Niedaleko od nas rozbił się jakiś namiot, chyba ukraiński. Widzieliśmy ich ale nie słyszeliśmy. Super sprawa. A schodząc z Sywuli, tuż przy ruinach, natknęliśmy się na większą grupę ludzi. Od razu oceniłem, że to polska grupa zwana potocznie SKPB. Mój Szerlokowski umysł potrzebował kilku sekund by to wydedukować. Chudzi kolesie w okularkach i długich włosach, pryszczate twarze, wojskowe kurtki i spodnie moro, jakieś poncza przeciwdeszczowe narzucone na ramiona, szef grupy to zapewne tamten kajtek w wyciągniętym polarze, z busolą na szyi i o pucołowatej twarzy, akurat nic nie robiący poza dyskretnym obcieraniem śliny cieknącej z ust. Bo grupa zajęta była akurat wrzucaniem do wielkiego kotła, powieszonego nad ogniskiem, z którego zalatywało cebulą, ogromnej ilości makaronu. No i mówili po polsku. Więc któż inny tacha taki kocioł po górach po to, by żywić się makaronem z ogniska? No kto? /Połonina Bystra, dzień 3/









A jak krowy sobie poszły, to polana już zupełnie została przejęta przez konie. Było ich naprawdę sporo. Pierwszy raz widziałem takie stado biegające zupełnie wolno. Tak wolno, że przyłaziły co chwilę do nas i nam zaglądały wszędzie gdzie tylko mogły. Tu skubnęły linkę do namiotu, tu kijek próbowały wciągnąć, tu selfika sobie zrobiliśmy. Fajnie było całkiem z tymi końmi wokół. No i przestało padać. Nastroje nam się jeszcze bardziej poprawiły. /polana Ruszczyna, dzień 3/








Proszę. Wieczór był już zupełnie inny niż dzień. Fajnie słonecznie choć chłodno. Konie się pasły, ogień wesoło trzaskał pod menażką, koniak "Zakarpacki" przyjemnie grzał przełyk (tak dla zdrowotności), buty się suszyły, ciepła kolacja smakowała wyśmienicie. Jednym słowem odpoczywaliśmy /polana Ruszczyna, dzień 3/








Zapowiadała się spokojna i regenerująca siły noc... O jakże się, naiwni, myliliśmy... /polana Ruszczyna, dzień 3/







ciąg dalszy nastąpi...

niedziela, 18 czerwca 2017

TAK BLISKO A TAK DALEKO



   Proszę bardzo - oto dowód na to, że nie trzeba daleko odjeżdżać od domu, by trafić do innego świata. Kojarzonego z bardziej odległymi zakątkami naszego kraju. 100km od Warszawy, lekko w bok od głównej drogi i trafiamy... no właśnie. Cisza, spokój, kończący się asfalt, drogi przez las, zagubione śródleśne jeziora i drewniana zabudowa niewielkich puszczańskich wsi... I tylko ten piach. 
Tak wygląda Gostynińsko-Włocławski Park Krajobrazowy. Byliśmy tam pierwszy raz, myślę że jeszcze wrócę. Choćby po to by raz jeszcze przespać się w hamaku nad tym jeziorem, by zostać o świcie obudzonym przez ptactwo i by znów wypić odgrzewaną wczorajszą kawę :-)




Tak tak, to są strzechy








I żuraw. Wciąż działający. A w studni woda.






Asfalt się skończył dość szybko






Stuningowany Jezus przed wiejską leśną kapliczką






mapa dość często była w użyciu






co jakiś czas las ustępował... hmmm... gospodarce leśnej






za to piach był coraz gorszy






co tu się odpierd...? Szyszko... Ty...







Aż trafiliśmy tu! I już nie było sensu iść gdziekolwiek dalej. Zwłaszcza że 20 wybiła







cisza spokój fotografie







i wieczorny chill








a rano... odgrzewana wczorajsza kawa. Mniam






proszę jaka radość






czy to drzewko to się wygięło od ciężaru? mojego? 






spokój, ptactwo, fotografie






jedna z Alej im. Szyszki







bardzo ładne urozmaicenie







już tu chyba nikt dawno się nie huśtał







drewno, strzecha, wciąż w użyciu










zasiedliśmy pod kasztanowcem na podwórku opuszczonego gospodarstwa. no był klimacik






i cóż tu napisać. brak słów czasem...